O szczęściu, ojcostwie i utracie perspektywy

Zadaję sobie czasami pytanie, jak zachowuje się szczęśliwy człowiek ? Czego potrzebuje ? Po czym można poznać, że jest szczęśliwy ? Wymiana poglądów na ten temat, utrudniona subiektywną definicją tego co każdy z nas odczuwa jako szczęście, do jakkolwiek różnych odpowiedzi by nie prowadziła, pozwala wychwycić kilka powtarzających się prawidłowości. Jeśli przyjąć, że bycie szczęśliwym oznacza osiągnięcie pożądanego stanu, dopóki ten stan trwa, znika potrzeba jego zmiany. Tym bardziej zbędny staje się pośpiech, a różne nieprzyjemne emocje czy agresywne zachowania odchodzą gdzieś daleko do tła.

Odpowiadając na zadane pytanie na podstawie własnego doświadczenia, powiedziałbym tak: Kiedy przeżywam pełnię szczęścia, nic mi się nie chce robić. Nic, poza kontemplacją tego doświadczenia, ponieważ wszelka aktywność może ją tylko zaburzyć. Mam tu na myśli dosyć ulotne chwile „dotykania absolutu”, które są czymś innym niż np. radość i świętowanie osiągniętego celu czy zrealizowanego marzenia. Czy każdej innej czynności prowadzącej finalnie do wydzielenia hormonów odpowiedzialnych za wywołanie odczucia przyjemności i zadowolenia.


Do podobnego wniosku prowadzi obserwacja przyrody. Może nie w ujęciu globalnym, ale np. odnosząc się do skądinąd bliskich nam ssaków, mam realny problem z wyobrażeniem sobie konia, który najedzony, z własnej inicjatywy zakłada uprząż i zaczyna ścigać się z innym koniem, który z nich uciągnie większy ciężar lub zrobi to szybciej. Wyobrazić sobie w podobnej roli np. kota, jest mi jeszcze trudniej, zgodnie z głębokim przekonaniem, że syty i czujący się bezpiecznie zwierzak z reguły odda się słodkiemu lenistwu lub aktywności potrzebnej do zachowania jego naturalnej sprawności. Podobno człowiek pierwotny na zabezpieczenie swoich potrzeb, czyli wykonanie czegoś co dzisiaj nazywamy „pójściem do pracy”, zrobieniem zakupów, wykonaniem niezbędnych obowiązków, poświęcał cztery godziny w ciągu doby. O ile tylko trafna jest ocena antropologów. Co z resztą czasu? Aż trudno sobie to obecnie wyobrazić, prawda?

Jednocześnie spoglądam na otaczającą mnie rzeczywistość. Niech będzie to dzisiejszy dzień i pierwsza z brzegu czynność - kilka przeczytanych wraz z komentarzami artykułów w serwisie NaTemat. Niemal wszędzie atak, niemal wszędzie frustracja, niemal wszędzie kipi od maskowanej lub nie, złośliwości. Takie emocje emanują z ekranu mojego laptopa, po wypełnieniu go słowną treścią. W wymiarze materialnym wszędzie dookoła pośpiech, wszędzie nieustanie rosnące tempo – w zasadzie wszystkiego. Przesłanie co drugiej reklamy próbuje mnie przekonać, że dzięki kolejnemu produktowi lub wynalazkowi coś zrobię szybciej. Po dzień dzisiejszy nie potrafię np. zrozumieć, w jaki sposób karty zbliżeniowe mają wnieść wartość dodaną do mojego życia. Kilka dni temu w radiowych wiadomościach usłyszałem o jakichś kosmicznych kwotach, na które wewnętrznie, w skali świata jesteśmy zadłużeni sami u siebie. Choć z niedowierzaniem zastanawiam się, jak bez przerażenia można mówić o takim fikcyjnym, napompowanym balonie, który wcześniej czy później musi wybuchnąć powodując upadek tego, co pod sobą ciągnie, na koniec słyszę opinię tak zwanego analityka, który mówi, że to jest konieczne, ponieważ dzięki temu możemy rozwijać się szybciej.

Tylko… po co?

Kiedy zestawiam powyższy obraz z tym, co doświadczenie każe nazywać mi szczęściem, zadaję sobie następujące pytanie: Czy ci wszyscy prześcigający się we wzajemnych atakach ludzie są szczęśliwi ? Ale nie tylko oni, ponieważ to samo pytanie dotyczy wszystkich nas, przynajmniej teoretycznie zadowolonych z siebie, którzy ciągle pędzimy, którzy ciągle chcemy szybciej, którzy ciągle staramy się dogonić coś, czego wciąż nie posiadamy. Skąd przypuszczenie, że nie mamy ? Ano stąd, że gdybyśmy już to mieli, po jaką cholerę tak gonić ? O poziomie frustracji, czy nawet nienawiści chwilami wręcz przepełniających przestrzeń publiczną nie będę już się rozpisywał, ale zgodzą się ze mną Państwo - pochodną ogólnego wysokiego poziomu zadowolenia czy szczęścia najprawdopodobniej nie są. Choćbyśmy nie wiem jak temu zaprzeczali, styl życia, który prowadzimy, w szerszej niż jednostkowa skali nie świadczy o tym, że jest to żywot szczęśliwy. A wszystko w niewiarygodnym tempie dalej przyspiesza.

Odkrywcze ? No nie, jasne że nie. Choć niemal wszystko co powyżej napisałem jest czystym truizmem, fakty są takie, że presja wywierana przez konsumpcyjny charakter naszej zachodniej cywilizacji wygrywa ze zdrowym rozsądkiem, wygrywa nawet z instynktem samozachowawczym. Mam chwilami wrażenie, że wpadamy w samonakręcającą się spiralę pogoni za czymś, czego zwiększając prędkość dogonić się nie da. Dlaczego samonakręcającą się? Ponieważ negatywne skutki takiego stanu rzeczy mają wszelkie podstawy aby nasilać się z pokolenia na pokolenie.

Zawrotne tempo życia stwarza problemy w wielu obszarach naszego funkcjonowania. Jednym z nich, w moim odczuciu kluczowym, jest sfera relacji międzyludzkich, w szczególności relacji rodzinnych. W tym tekście chciałbym kilka słów poświęcić niszczeniu relacji ojciec-dziecko, ponieważ mam wrażenie, że znaczenie tego fenomenu wciąż nie jest wystarczająco doceniane.

Choć męska świadomość cały czas rośnie, nadal dominuje przeświadczenie, że główną osobą predystynowaną do bliskiego kontaktu z dziećmi jest ich matka, podczas gdy z roli ojca można świetnie się wywiązać, zabezpieczając finansowo rodzinę. Rola ojca, widzianego jako rodzica będącego blisko własnych dzieci, a nie (współ)odpowiedzialnego jedynie za stan konta, jest w dalszym ciągu bardzo często niedoceniana i lekceważona. Doprecyzowując, ojciec „będący blisko”, to dla mnie ojciec potrafiący podarować najcenniejsze obecnie trofeum, jakim jest czas. Brak darowanego sobie nawzajem czasu jest w stanie zrujnować każdy związek, jednak o ile silna wewnętrznie, dorosła osoba ma szansę nawet po jego zakończeniu stać mocno na nogach, o tyle dziecko pozostaje bez szans. Ojciec nieobecny, wszystko jedno fizycznie, emocjonalnie czy w jakikolwiek inny kombinacyjny sposób, okalecza swoje dziecko, ponieważ jego obecność jest bezwzględnie konieczna, jeśli ma ono wyrosnąć na zdrową emocjonalnie osobę. Od tej reguły nie ma wyjątków.

Chciałbym zatem w tym wpisie po raz kolejny, ponieważ podobnych głosów jest na szczęście coraz więcej, zwrócić uwagę na fakt, że wszelkie działania nie pozwalające nam, ojcom, na budowanie relacji z własnymi dziećmi, można porównać do piłowania gałęzi, na której siedzimy. Tym bardziej energicznego, im bardziej zaabsorbowani jesteśmy we wszystkie ważne sprawy, pozwalające szerokim łukiem omijać własną rodzinę. W istotny sposób zwiększa to prawdopodobieństwo, że nasze dzieci nie mając w nas, mężczyznach wsparcia, wzorca oraz niezwykle im potrzebnego lustra, już jako dorośli będą jeszcze bardziej zagubione i nieszczęśliwe od nas samych. A wszystko dlatego, aby „działo się” szybciej, choć z tego „szybciej”, nic dobrego dla nas nie wynika. Bez zmiany perspektywy, prowadzi to do powolnej, wewnętrznej destrukcji naszego społeczeństwa i pociąga za sobą wiele dalszych komplikacji. Ale to już zupełnie inna historia.

PS
Jest jeszcze jedno zachowanie typowe dla szczęśliwego człowieka, niekiedy przejawiające się wzmożoną aktywnością. Ktoś prawdziwie szczęśliwy często odczuwa potrzebę dzielenia się swoim szczęściem z innymi i na różne sposoby obdarowuje nim swoje otoczenie. Chwilowo jednak przyjmuję, że to nie powszechnie występujący nadmiar szczęścia jest przyczyną tak dużego tempa naszego życia.
Trwa ładowanie komentarzy...