Błogosławiony, przeklęty postęp (2)

Mamy dziś cały świat na wyciągnięcie ręki. Ba, nawet nie trzeba jej tak naprawdę wyciągać, wystarczy kliknąć lub puknąć palcem w błyszczący ekran. Kiedy tego nie zrobimy, to on sam zresztą zapuka. Bez wątpienia jest to ciekawe, wygodne i ma inne plusy. Ale czy tylko same plusy...

W tekście pod tym samym tytułem, pozbawionym jedynie numerka, pisałem o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą postęp techniczny ułatwiający nam codzienne życie i czyniący je coraz bardziej wygodnym, ale jednocześnie w szybkim tempie prowadzący do ubezwłasnowolnienia, niezaradności, bezbronności i powolnej degradacji „beneficjentów” tegoż postępu. Czyli nas wszystkich. Dziś, w ramach kontynuacji, chciałbym zwrócić uwagę na kolejny aspekt rozwoju naszej cywilizacji, w moim odczuciu wyrządzający gatunkowi ludzkiemu ogromną krzywdę. Chodzi o techniczne możliwości łączności i dzielenia się informacją, która staje się decydentem tego gdzie i kiedy kierujemy naszą uwagę. To, dlaczego z taką łatwością dajemy się uwieść bodźcom, które mrugają do nas ze wszystkich stron, kojarzy mi się z jednym z dobrze opisanych przez współczesną psychologię mechanizmów radzenia sobie z trudnymi przeżyciami. Na dodatek niezwykle powszechnie występującym w przyrodzie.



W psychologii istnieje takie pojęcie jak projekcja* – najkrócej rzecz ujmując, chodzi o przypisywanie innym ludziom własnych myśli, emocji czy zachowań. Okazuje się, że zadziwiająco często, jesteśmy skłonni jakiś szczególny sposób przeżywania rzeczywistości uznać za niedobry, niepożądany lub nawet zagrażający. W związku z tym, nasz nieprawdopodobnie sprytny i zaradny organizm wymyślił sposób, aby to co jest dla nas w danym momencie niedostępne, problematyczne, a skądinąd w życiu potrzebne, „zobaczyć” u innej osoby. Mądrość biblijna, jeszcze bez czerpania z odkryć psychologii, na tę właśnie przypadłość naszego postępowania wskazywała dobrze znanymi słowy: „A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz ?”. Jak zwał tak zwał, ale blisko nam do tego, aby zająć się „naszym bliźnim”, szerokim łukiem omijając własną osobę.

Niech będzie przykładem projekcji sytuacja, kiedy mam problem z porządkowaniem własnego życia, kreśleniem planów i ich realizacją. Zgodnie z mechanizmem projekcji, mogą mnie wówczas irytować osoby zarówno perfekcyjnie zorganizowane (wówczas żałuję i czuję się nieszczęśliwy, ponieważ sam nie potrafię, a czasem chciałbym tak właśnie postępować), jak i te zupełnie swawolne i zdezorganizowane (obawiam się wówczas, że taki właśnie jestem, a wiem, że czasem mi to przeszkadza). Gwoli ścisłości - to żałowanie i obawy z reguły odbywają się w naszej podświadomości. Na zewnątrz, przejawia się to w banalnie prosty sposób: „Nie wiem dlaczego, ale ta osoba strasznie mnie denerwuje!”. Albo w wersji bardziej „świadomej”: „Co za beznadziejnie sztywna osoba, zero spontaniczności !” lub „Beznadziejny bałaganiarz. Nie wiem, jak można z nim w ogóle wytrzymać…”. Gdyby dana sfera nie była w jakiś sposób dla nas problematyczna, nie byłoby powodu aby na nią zwracać uwagę – świadomie, czy podświadomie. Carl Jung w tym temacie powiedział m.in. tak:

"Każda rzecz, która irytuje nas w innych, prowadzi do zrozumienia nas samych"

Co projekcja ma do postępu ?

Projekcja w klasycznej postaci, dotyczy nieświadomego przeniesienia własnego aspektu na innego człowieka, który w rzeczywistości, w danym momencie go nie eksponuje. Jest jednak w tym procesie pewna idea, kierunek, który zdominował w moim odczuciu nasze istnienie i funkcjonowanie. Chodzi mi o tę część mechanizmu projekcji, która przenosi problem ode mnie, gdzieś na zewnątrz, w ten sposób pozwalając mi się od niego „uwolnić”. Dzięki temu problemy i sprawy do załatwienia widzę wszędzie dookoła, tylko nie na własnym podwórku. Bez względu na to, czy istnieją naprawdę, czy tak jak dzieje się to w projekcji, jedynie w mojej wyobraźni pobudzonej (pod)świadomością, że sam rzeczywiście mam w danym temacie coś do zrobienia. W związku z tym, już jak najbardziej realnie, przenoszę własną energię, emocje, czas (w sumie życie ?) na innych ludzi lub wydarzenia. A jak to się ma do telekomunikacyjnego postępu ?

Ano tak, że nasz rozwinięty technologicznie świat, bombarduje nas informacjami, które najczęściej w ogóle nas nie dotyczą, za to skutecznie ułatwiają kierowanie naszej uwagi na zewnątrz. To brzmi dosyć niewinnie, jednak jest to jeden z mechanizmów najsilniej i najskuteczniej niszczących jakość naszego życia i odbierający nadzieję na jego poprawę. Zastanówmy się chwilę, co może realnie wpłynąć na poprawę naszego życia czy/i samopoczucia ? Aby nie zaczynać od rzeczy najtrudniejszych (choć i tak ekstremalnie trudnych) - może to być na przykład udaremnienie głupiego projektu lokalnych władz, wynikającego z korupcji lub po prostu niekompetencji (po prostu!). Trzeba w takiej sytuacji się zmobilizować, być może znaleźć podobnie myślących ludzi, wcześniej jeszcze wiedzieć co się dzieje, wykazać się zdrowym rozsądkiem, wiedzą, konsekwencją, odwagą. Mało ? No dużo, dużo, dlatego jest to trudne. Choć w dzisiejszych czasach już możliwe. Jeszcze trudniejszym krokiem niż udaremnianie i konstruktywna w powyższym przykładzie destrukcja jest budowanie czegoś nowego. Czyli stworzenie własnego projektu – czegoś, co będzie realnie potrzebne i mnie i społeczności, w której żyję. Niech to będzie fundacja, coś co pomaga innym, kształci, daje szanse na rozwój młodym, może godną i sensowną pracę dorosłym – ograniczeniem może być tutaj jedynie pomysłowość. Trudne ? W realizacji cholernie trudne. Ale nie najtrudniejsze. Najtrudniejsze jest sięgnięcie jeszcze bliżej siebie. Najtrudniejsze jest rozwiązanie problemów w swojej własnej rodzinie, nauka komunikacji z bliskimi, ze współmałżonkami, dziećmi, rodzicami. Najtrudniejsza jest modyfikacja swoich ustalonych wzorców działania, które uniemożliwiają osiągnięcie szczęścia, którego w głębi wszyscy potrzebujemy, i w którym ogromną rolę odgrywają uwaga najbliższych i dobre z nimi relacje.

Czy do tego potrzebne są wiadomości z całego świata ?

Jaką drogę zamiast tego wybieramy ?

Mnogość możliwości się tutaj pojawia. Zacznijmy dzień od radia i wiadomości. Jakiś tragiczny wypadek samochodowy na drugim końcu Polski. Okropne, jak to w ogóle możliwe ?! Znowu po alkoholu – trzeba w końcu coś zrobić z tym pijaństwem ! Co za naród ! Katastrofa samolotowa w Azji. Boże, jakie nieszczęście. Tylu ludzi zginęło. Nie mogę przestać o tym myśleć przez cały dzień. Ciągle nowe szczegóły… Powołują już komisję do zbadania przyczyn… Nikt nie ocałał ! I ci dziennikarze tacy przejęci... Jak to przeżyć ! Jestem przecież taką wrażliwą osobą… Znany amerykański aktor się rozwodzi. Ach, ci celebryci.. Wiedziałem, że tak samo szumnie się pobierali, jak szumnie się rozstaną. Kawał palanta, nawet kobiety nie potrafi przy sobie utrzymać… Ten cały szołbiznes, to dno…

Można się spalić w blokach już na starcie ? Zanim jeszcze dzień się tak naprawdę rozpoczął ? Oj, można, można. W międzyczasie świat zewnętrzny puka do naszych drzwi jeszcze bardziej nachalnie i bezpośrednio. Na wyświetlaczu telefonu pięć (oby) maili i kilkanaście powiadomień z portali społecznościowych. Już zaglądam co się tam dzieje. W tym zewnętrznym, ale jakże bliskim mi świecie. Co u znajomych – sukces, nowa praca. Świetnie (albo i nie świetnie) ! Ci byli na wakacjach – jakie wspaniałe zdjęcia. Też chcę tam pojechać. Gdybym tylko miał lepszą pracę… Ten smutny, tamta wesoła, a tu oferują mi zakupy po takiej atrakcyjnej cenie. I jeszcze zaproszenie na spotkanie. I do nowej grupy. Muszę się nad tym wszystkim zastanowić…

Nasuwa się tu pytanie - czy gdzieś w tym wszystkim jest miejsce na to, co TY chciałeś tego dnia zrobić ? Co sobie zaplanowałeś, czego naprawdę chciałeś, co jest dla ciebie ważne, niezbędne i z czym warto abyś wiązał swoje emocje ? Swoją ograniczoną przecież i przez to tak cenną wewnętrzną siłę ? Zanim dobrze jeszcze otworzysz oczy, cała twoja energia jest już gdzieś daleko, na zewnątrz. Jesteś już głęboko w trakcie wykonywania szkodliwych dla ciebie czynności i w emocjach „wymuszanych” przez zdarzenia nie mające dla ciebie żadnego realnego znaczenia.

A dalej ? Dzień się przecież jeszcze nie skończył, może coś na popołudnie ?

Na pewno obowiązkowa dawka Internetu. Co tam się w świecie dzieje ciekawego ? Muszę się zorientować, przecież jestem wykształconym, idącym z duchem czasu i obeznanym we wszystkich tematach człowiekiem. Tyle ciekawych wiadomości, można też poczytać komentarze – co ci ludzie wypisują ! Hołota (daruj Czytelniku moją nieadekwatność, wiem, że rzeczywistość nie wygląda tak delikatnie) ! Wreszcie mogę dać upust swojej frustracji i bezpiecznie wyładować cały stres związany z tym, że w pracy muszę robić to, czego nie chcę, że coraz gorzej jest w moim małżeństwie, że zupełnie nie mogę dogadać się z nastoletnim dzieckiem. A na dokładkę jeszcze rodzice, ładujący się z butami w moje życie. Uff, jak trudno jest żyć i odnaleźć się we współczesnym świecie. Można się zmęczyć nawet przy Internecie. W końcu, dla relaksu, obejrzę coś w telewizji – np. ulubiony serial. Wszak to „samo życie”, szczera prawda - dlatego tak mocno identyfikuję się z problemami bohaterów, tak mocno im kibicuję, czekając na rozwój wypadków. Haloo ? Może znowu jakiś związek z projekcją ? Podczas projekcji - tym razem filmu - mogę w bezpieczny sposób zaangażować już całą świadomość i podświadomość w przeniesienie emocji na ekran. Mogę bez żadnego ryzyka przeżyć namiastkę tego, czego obawiam się w prawdziwym życiu. Mogę rozładować nagromadzone lub wytęsknione emocje bez konieczności przyznawania się, że są moje, ponieważ dotyczą tego co dzieje się na ekranie. Zatem "żyję" swój dzień tak intensywnie, jak tylko się da. Jeśli na tym etapie, pozostałyby we mnie jakieś energetyczne rezerwy, zawsze mogę włączyć wieczorne wiadomości, a na koniec obejrzeć dyskusję polityków. Wystarczy ? Prawdopodobnie tak. Aha, byłbym zapomniał - mogę jeszcze bezpłodnie zakończyć dzień tak, jak zostało to w dosyć drastyczny sposób pokazane w „Dniu Świra”. I za chwilę zacząć kolejny…

Istotna jest kolejność. Istotny jest kierunek

Tak naprawdę, ten kierunek jest niezwykle ważny. Albo kolejność i kierunek. Wszystko, co ciągnie nas na zewnątrz, działa w konsekwencji przeciwko nam. Utrudnia czy wręcz uniemożliwia to, co i tak jest trudne do wykonania. Odciąga nas od własnego świata, od własnego wnętrza, którego porządek i właściwe funkcjonowanie są podstawą szczęśliwego bytowania. Nie twierdzę tym samym, że eksploracja naszego pięknego świata jest czymś złym. Absolutnie. Chodzi jedynie o kolejność. Najpierw do siebie, później od siebie. Nie twierdzę, że przejmowanie się tym, co dzieje się u innych jest złe. Empatia to skarb, jednak potrzebna jest przede wszystkim bardzo blisko, wobec otaczających nas osób. O tę formę empatii czasem jest nam najtrudniej – ona wiąże się z bliskością i może wymagać realnego działania. Empatia dla kogoś na drugim końcu świata już takiego zagrożenia nie stanowi. Nie twierdzę, że komunikacja i posiadanie oraz wymiana informacji to coś złego. Wręcz przeciwnie, to kolejne bogactwo. Istotna jest jednak kolejność. Jeśli sięganie do świata jest ucieczką od sięgnięcia do wewnątrz, czyli ma miejsce tytułowa projekcja, wówczas kolejność należałoby zamienić. Każdy z nas ma w sobie wiele frustracji właśnie z powodu nierozwiązanych własnych problemów, które zabierają spokój i degradują jakość życia. Te frustracje, złość i energię przelewamy w próżnię, złoszcząc się na historię, na ludzi z Internetu, na osoby publiczne, na władze swoich lub nawet innych krajów, przejmując tragediami na innych kontynentach, etc. Wszystko po to, aby nie skonfrontować się z realnym działaniem i realnymi emocjami we własnym, prywatnym mikroświecie.

Dosyć oczywistym jest, że zdrowsze i dla nas i dla całego świata, byłoby działanie odwrotne, czyli zajęciem się rozwiązaniem własnych problemów, a w dalszej kolejności sytuacją na świecie. Swoją drogą nie wiem, czy ktoś już oficjalnie sformułował takie prawo, że gdyby każdy z nas rozwiązał swoje „małe” problemy na własnym podwórku, to nie byłoby wojen i nieszczęść na świecie ? Nie byłoby wystarczającego potencjału, który tworzy odpowiednio wysoki poziom frustracji.

Trochę się boję takiego myślenia, ale mam czasem wrażenie, że kilka wieków wstecz, jakiś pańszczyźniany chłop nie miał żadnych możliwości kontaktu i przejęcia się powodzią na Filipinach. Po prostu nawet nie wiedział o istnieniu takiego miejsca. Chcąc czy nie chcąc, musiał całą posiadaną energię skupić na swoim życiu, na swojej rodzinie, na zapewnieniu jej bezpieczeństwa i możliwości rozwoju. Robił to zupełnie instynktownie, ponieważ nie mógł się nad tym zastanawiać tyle co my. Śmiem jednak twierdzić, że choć żyło mu się nieporównywalnie ciężej niż nam, relacje i działania, które kształtowały jego najbliższe otoczenie, były bardziej klarowne, wartościowe i silniejsze niż te w dzisiejszych, tak dostatnich i wygodnych czasach. Teraz, dzięki wspaniałemu/przeklętemu postępowi, cały świat jest na wyciągnięcie ręki. W takich warunkach nie może już nam być łatwiej zajmować się i przejmować wszystkim, tylko nie tym czym potrzebujemy się zająć. Płacimy bardzo słoną cenę, albowiem w tej sytuacji mamy już znikomą szansę, aby zobaczyć nawet belkę, która nie wiadomo skąd znalazła się w naszym własnym oku.

* Psychoterapia Gestalt zalicza projekcję do jednego z podstawowych mechanizmów unikania kontaktu

PS
Tekst kończę zostając dłużej w pracy, ponieważ mam na pieńku z żoną i nie chce mi się wracać do domu :-). Ale wiem też, że albo za kilka godzin, może jutro lub pojutrze, muszę ten problem rozwiązać. Bo do pracy nie chcę się przenosić.
Trwa ładowanie komentarzy...